Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rok B - Adwent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rok B - Adwent. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 grudnia 2014

Zwiastowanie – Początek Nowego Życia

IV Niedziela Adwentu - Rok B

TEKST SŁOWA BOŻEGO

 


Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.
Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski. Pan z Tobą”.Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.
Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”.Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł.

Łk 1,26-38

KOMENTARZ

 

Dzisiejsza scena Zwiastowania wyznacza w istocie rzeczy początek ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Moment, gdy Maryja wypowiedziała swoje „fiat”„niech mi się stanie” (Łk 1,38b) – to moment, w którym w Jej łonie począł się Syn Boży. To dokładnie jest ten moment, o którym św. Jan Ewangelista pisze „Słowo stało się ciałem” – to dziś słuchamy o tym, jak to dokładnie było z tym stawaniem się ciałem. Bo to właśnie w chwili Zwiastowania, dokonała się ta wielka Tajemnica: Syn Boży stał się Człowiekiem. 

Wcielenie Syna Bożego stało się faktem nie bez udziału człowieka – nie bez wolnej ludzkiej decyzji. Decyzji, którą podjęła Maryja. Zwiastowanie przez to staje się wzorcem dla każdej współpracy człowieka z Bogiem. Scena ta ukazuje, jakie owoce przynosi przyjęcie i podjęcie woli Boga – jak wiele może się dokonać dzięki temu, że człowiek jest gotowy zrezygnować ze swoich planów i pomysłów na rzecz propozycji jaką dostaje od Boga. Na tym w istocie rzeczy polegała zgoda Maryi: na rezygnacji z własnej wizji życia i przyjęciu tego, co zaproponował Jej Bóg. Maryja i Józef z pewnością mieli jakieś plany na życie – dowiadujemy się przecież już z pierwszego zdania, że byli sobie zaślubieni. I tu należy pokrótce wytłumaczyć na czym polegały zaślubiny u Żydów. Warto też dodać do tego informację, jaką znajdujemy u św. Mateusza, że to wszystko, o czym dziś czytamy w Ewangelii, wydarzyło się „wpierw nim zamieszkali razem” (Mt 1,18). Otóż Żydzi w owym czasie zawierali związki małżeńskie jakby na raty. Najpierw odbywał się obrzęd podobny do zaręczyn: dziewczyna izraelska, w wieku około 13 lat, była przyobiecana konkretnemu mężczyźnie jako żona. Ten akt był bezpowrotny, nie można było zaręczyn zerwać – dlatego kobieta po takiej uroczystości była już poślubiona mężczyźnie (byli już po-ślubie). Jednak tacy poślubieni sobie ludzie nie mieszkali razem, a jakiekolwiek kontakty fizyczne (seksualne) były nie tylko nie do pomyślenia, ale w ogóle surowo karane (jeśliby sprawa wyszła na jaw). Mniej więcej po roku od takiego poślubienia dziewczyna uroczyście była wprowadzana do domu pana młodego – i od tego momentu zaczynali wspólne życie. Wzmianka św. Mateusza pozwala określić moment Zwiastowania: nastąpił między zaślubinami a wprowadzeniem do domu Józefa. Stąd właśnie podkreślanie przez Łukasza, że Maryja w chwili Zwiastowania była dziewicą i że „nie znała jeszcze męża” (w sensie: mężczyzny) (por. Łk 1,34). 

I tu dochodzimy do kolejnego tematu: Słowo, o którym mówi św. Jan, jest Bogiem Stworzycielem wszystkiego. W szczególności Maryja jest stworzeniem Boga. I tu pojawia się przedziwna rzecz: Bóg pyta swojego stworzenia o zgodę. I ta owa zgoda sprawia, że Słowo może spełnić swoje posłannictwo – może stać się Ciałem. I to się dzieje też w naszym życiu: Bóg działa, Jego Słowo staje się rzeczywistością w naszym życiu wtedy, gdy wyrazimy na to zgodę. A cóż ta zgoda oznacza? Ano właśnie to, o czym mówiliśmy do tej pory: zgoda na propozycję Pana Boga oznacza rezygnację z wszelkich moich pomysłów na życie, na daną sytuację, na dany problem i całkowite poddanie się decyzji Boga. Tu właśnie o ten moment chodzi: żebym oddał wszystko – siebie, swoje zdolności, swoje marzenia i pragnienia, swoje siły, swoje życie całe, wszystko co posiadam – do wyłącznej dyspozycji Pana Boga z głębokim zaufaniem, że to On wie, co jest najlepsze. Maryję stać było na takie zaufanie, takie zawierzenie, oddanie Bogu swoich planów i pomysłów, swoich oczekiwań. Ona oddała się całkowicie Bogu – oddała swoje ciało i nawet swoją kobiecość i dlatego to w Jej życiu Słowo mogło stać się Ciałem do tego stopnia, że mogliśmy to Słowo widzieć, dotykać, oglądać Jego chwałę. Im więcej oddamy Bogu, tym więcej się spełni, tym więcej Bóg może zdziałać. Nam się nieraz wydaje, że oddając coś Bogu, tracimy. I że trzeba zawsze coś zachować dla siebie, bo inaczej zostaniemy z niczym. Tymczasem wszystko, co oddane Bogu, staje się tak naprawdę nasze i to w niewyobrażalny dotąd dla nas sposób. Maryja oddała siebie Bogu, a Bóg nieskończony złożył siebie w Maryi. To nas uczy, mówiąc krótko, że im więcej zainwestujemy w naszą relację z Bogiem, tym więcej zyskamy. 

Tutaj pojawia się też inne zagadnienie: czy Maryi było łatwo podjąć taką a nie inną decyzję? Czy łatwo było Jej oddać wszystko bezwarunkowo Bogu? Pewnie nie – nie przypadkiem wcześniej wspominałem, że skoro była zaślubiona Józefowi, to pewnie wiązało się to z określonymi planami. Z tych wszystkich planów trzeba było w jednej chwili zrezygnować. Mało tego: jak pisałem wyżej, zajście w ciążę w okresie między zaślubinami a zamieszkaniem z mężem narażało Maryję na śmierć przez ukamienowanie. I to też Maryja w jednej chwili przyjęła: ryzyko śmierci. To wszystko razem wzięte sprawia, że decyzja Maryi przestaje być łatwa i oczywista. Okazuje się, że Ona położyła na szali znacznie więcej, niż nam się wydaje i to położyła dosłownie. Zmieszała się na słowa Anioła – słowo, które tu jest przetłumaczone Grecy używali też czasami na określenie stanu morza po trzęsieniu ziemi. Trzeba by więc powiedzieć, że przez Maryję, w tym krótkim wydarzeniu, przetoczyło się prawdziwe tsunami. A jednak ostatecznie oddała się Bogu – czyli to jest możliwe. Pamiętajmy o tym – to naprawdę możliwe zawierzyć Panu Bogu do samego końca. Jeśli nie potrafimy tego zrobić, to trzeba by się przyjrzeć sobie, co mnie blokuje? Dlaczego nie potrafię zawierzyć Bogu? Odpowiedź na to pytanie mówi nam o nas samych znacznie więcej, niż można się spodziewać. Żeby uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, trzeba nam sięgnąć naprawdę głęboko – do samych fundamentów mojego „ja” i mojej wiary. I okazuje się nieraz, że czają się tam demony wymagające leczenia. A zatem spróbujmy oddać wszystko Panu Bogu – absolutnie wszystko i bezwarunkowo, ze zgodą na każdą Jego decyzję. Wypowiedzmy to na głos, głośno, tak żeby słyszał nasze zawierzenie do końca, że oddaję i przyjmę wszystko, cokolwiek to będzie. A jeśli nie potrafimy tego powiedzieć szczerze – to uczciwie zastanówmy się, co tak naprawdę mnie blokuje.

sobota, 13 grudnia 2014

Posłannik Jezusa

III Niedziela Adwentu - Rok B

TEKST SŁOWA BOŻEGO

 

Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości.
Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: „Kto ty jesteś?”, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zapytali go: „Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?”. Odrzekł: „Nie jestem”. „Czy ty jesteś prorokiem?”. Odparł: „Nie!”. Powiedzieli mu więc: „Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?”.Odpowiedział: „Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz”. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: „Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?”. Jan im tak odpowiedział: „Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

(J 1,6-8.19-28)

KOMENTARZ


Dzisiejsza Ewangelia na trzecią niedzielę Adwentu porusza niecodzienność misji Jana Chrzciciela. Widać, że ta działalność musiała być naprawdę poruszająca, skoro aż takie snuto przypuszczenia. Zapewne sprawa nie była błaha, nie można było po prostu zignorować Jana, skoro nawet Sanhedryn (najwyższa rada żydowska) się zainteresowała jego osobą. Warto tutaj przy okazji zauważyć, że św. Jan Ewangelista używa słowa „Żydzi” właśnie na określenie tak zwanej ówczesnej „władzy” – czyli nie chodzi tutaj konkretnie o Naród Żydowski, ale o przywódców tego Narodu. Te tendencje do widzenia w Janie Chrzcicielu Mesjasza zaowocowały nie tylko zainteresowaniem Sanhedrynu, ale także odpowiednimi informacjami w Ewangelii. Zwróćmy uwagę na pierwsze trzy zdania dzisiejszego fragmentu: pojawia się tam dwa razy słowo „posłany” oraz trzy razy „świadectwo” (bądź „świadczyć”). Ma to czytelnikowi uświadomić, jakie konkretnie jest posłannictwo Jana Chrzciciela: nie jest to posłannictwo Mesjasza, ale posłannictwo świadka, który ma przygotować świat na przyjście Mesjasza. 

Jan zostaje poddany swoistej próbie, nawet niektórzy komentatorzy mówią, że ta rozmowa wygląda jak przesłuchanie oskarżonego przed sądem. Jan jest w pewien sposób podpuszczany przez wysłanników Sanhedrynu – tak żeby powiedział coś kompromitującego, co zdyskredytowałoby go w oczach zgromadzonych tłumów i co jednocześnie dałoby powód do oskarżenia go, uwięzienia, a może i zabicia. Zauważmy, że ta sama metoda będzie stosowana później wobec Jezusa: sprytnie skonstruowane pytania, które mają Jezusa sprowokować do błędu, który Go ośmieszy albo nawet da pretekst do oskarżenia Go. 

Zwróćmy też uwagę jaka jest istota pokusy, której jest poddawany Jan: prowokują go, by uległ swojej popularności i wobec zgromadzonych tłumów uznał się za kogoś niezwykłego i zaczął korzystać z tego wszystkiego dla siebie. W taki sam sposób był też poddawany pokusie Jezus na pustyni oraz w chwili, gdy umierał na krzyżu: by skorzystał ze swojej mocy dla ratowania siebie. Gdyby Jan Chrzciciel dał się sprowokować, by siebie postawić na pierwszym miejscu, zaprzeczyłby temu do czego został posłany: przestałby świadczyć o Jezusie. A przecież gdyby to zrobił, może by osiągnął jakieś wymierne korzyści dla siebie? Może nie chodziło o to, żeby Jana zabić, ale przeciągnąć na swoją stronę? Może sprzymierzając się z Sanhedrynem stałby się bogatym, żyjącym spokojnie człowiekiem? Ilu z nas by nie uległo pokusie dostatniego, bezpiecznego i beztroskiego życia? Ilu z nas uważa, że dla wymiernych korzyści – dla lepszego stanowiska, dla lepszej pracy, dla lepszych znajomości, dla załatwienia określonej sprawy – jesteśmy w stanie poświęcić swe sumienie? Jan żył na pustyni, żywił się szarańczą i miodem leśnym – a tu odrzuca taką wygraną! To tak, jakby dzisiaj ktoś odmówił przyjęcia wygranej w totolotka... Tyle że Jan musiałby zapłacić pewną cenę: cenę prawdy, cenę wierności swojemu posłannictwu – czyli cenę wierności Bogu. 

I tu pojawiają się kolejne ważne pytanie: kim dla nas jest Jezus Chrystus? Jakie miejsce zajmuje w naszym życiu? Jan poproszony o wypowiedź na swój temat pokazuje, że treścią jego życia jest relacja do Jezusa. Chrystus jest wszystkim w jego życiu, wszystko jest podporządkowane Jezusowi, wszystko jest ze względu na Jezusa. Chrystus dla Jana jest niekwestionowanym Panem i Bogiem, któremu on, Jan, jest zdecydowany służyć jak tylko potrafi. 

A czy my, którzy deklarujemy się jako chrześcijanie, czyli uczniowie Jezusa Chrystusa, potrafilibyśmy to samo powiedzieć o sobie – że Jezus jest treścią i sensem naszego życia, Panem i Bogiem naszym, któremu służymy w każdej chwili i którego wolę pragniemy wypełniać do samego końca? Czy potrafimy złożyć taką deklarację? A nawet jeśli taką deklarację złożymy, to czy rzeczywiście potrafimy ją wypełnić? Czy rzeczywiście wszystko w naszym życiu jest podporządkowane Jezusowi i Jego nauce? Czy naprawdę każdą rzecz robimy tak, jak On tego sobie życzy? Czy faktycznie nasze decyzje, postanowienia, zachowania są zgodne z Jego Ewangelią? Jeśli tak, to możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy świadkami jak Jan Chrzciciel. A jeśli nie, to znaczy, że nasze deklaracje względem Jezusa są w gruncie rzeczy puste.

czwartek, 4 grudnia 2014

Ewangelia – moje życie?

II Niedziela Adwentu - Rok B

TEKST SŁOWA BOŻEGO

 

 

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: „Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni:
Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”
.
Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy.
Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym”.

KOMENTARZ

 

  
W drugą niedzielę Adwentu czytamy początek Ewangelii świętego Marka. Jest to początek Dobrej Nowiny (Ewangelii) Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. „Jezus” to imię historycznej Osoby, „Chrystus” to misja tej Osoby w świecie, a „Syn Boży” mówi o ostatecznej tożsamości tej Osoby wskazując na Jej Boskie pochodzenie. To wszystko razem wzięte mówi właśnie o Bogu, który dosłownie wszedł w historię ludzi po to, aby stać się dla nas Zbawicielem. I to jest właśnie sedno Ewangelii, o której mówi w pierwszym zdaniu Marek: Bóg przyszedł do swojego ludu z misją ratunkową. I w ten sposób okazuje się, że Dobrą Nowiną w sensie ścisłym jest nie historia napisana przez Marka, ale Osoba Boga ratującego swój lud – Osoba Jezusa Chrystusa. To On jest w centrum Ewangelii: Dobra Nowina nie tylko o Nim mówi, ale to On jest Słowem Bożym. Warto o tym pamiętać, bo my mamy tendencję, by za Ewangelię uważać opowieść o Jezusie, względnie książkę gdzie ta opowieść się znajduje. Dobra Nowina to nie martwa historia o Kimś, kto żył ponad dwa tysiące lat temu. Ewangelia to żywy Bóg, Jezus Chrystus, który zamieszkał pośród nas, żyje i ta Dobra Nowina dzieje się do dzisiaj. Nie zabijajmy Jej więc na siłę – nie czyńmy z Jezusa martwej historii, którą czytamy co najwyżej z ciekawości. Ewangelia ma być żywa w naszej codzienności – nie ma być jedną z książek na półce. 

Dalej Marek sugeruje, że wraz z nadejściem Jezusa Chrystusa, poprzedzonego działalnością Jana Chrzciciela, rozpoczną się czasy spełnienia, czasy ostateczne. I że przyjście Jezusa Chrystusa będzie się wiązało z koniecznością jednoznacznego opowiedzenia się za Bogiem lub przeciwko Niemu. Natomiast cała działalność Jana Chrzciciela w oczach Marka wskazuje, że czas spełnienia się tych wszystkich zapowiedzi właśnie nadszedł. Działalność Jana Chrzciciela zmierza do przygotowania ludzkości na spotkanie z Nadchodzącym, który będzie chrzcił Duchem Świętym. Podczas gdy przy chrzcie Jana ludzie zanurzani w Jordanie sami wyznają swoje grzechy, to chrzest Duchem Świętym ujawni wszystko, co kryje się w ludzkich sercach. Pewnie właśnie dlatego działalność Jana Chrzciciela polegała na doprowadzeniu ludzi do uznania i wyznania prawdy o sobie, o swojej słabej i grzesznej kondycji. Przed nadchodzącym Bogiem nic się nie ukryje: człowiek, który próbuje budować na pozorach i złudzeniach srodze się zawiedzie i rozczaruje. Tutaj więc warto się zastanowić nad autentycznością własnej wiary i relacji do Jezusa Chrystusa. Przed Nim nie ostoją się żadne nasze maski, żadne nasze udawanie: On wydobędzie z nas całą prawdę. 

Można więc odczytać działalność Jana Chrzciciela jako uświadamianie ludziom, do czego jest im potrzebny nadchodzący Zbawiciel – ten, któremu Jan nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów (por. Mk 1,7). Jan Chrzciciel uświadamia, że nie jesteśmy w stanie sami, o własnych siłach naprawić tego, co zepsuł w nas grzech. A Jezus Chrystus przychodząc na ten świat pragnie uczynić nas Nowymi Stworzeniami, by przywrócić nam utraconą godność dzieci Bożych. Jednak to od nas zależy, czy wybierzemy tę drogę, czy nie...

sobota, 29 listopada 2014

Czuwanie – Jezus w codzienności

I Niedziela Adwentu - Rok B


TEKST SŁOWA BOŻEGO




Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Uważajcie i czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał.
Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie”.

 

KOMENTARZ

 

 Dzisiejsza pierwsza niedziela Adwentu kładzie nacisk na naszą czujność. Dosłownie rzecz biorąc w tekście greckim mowa jest o niezasypianiu – co prawda polskie „czuwanie” potocznie oznacza to samo, ale greka kładzie nacisk na to, żeby nie dać się uśpić, nie zamknąć oczu. To czuwanie trochę może nam się kojarzyć ze swoistym nieróbstwem, bezczynnością. Może trochę tu przypominają się pasterze czuwający przy swoich trzodach – ich czuwanie polegało na siedzeniu i walczeniu ze snem. Zresztą w historii chrześcijaństwa pojawiały się takie właśnie interpretacje czuwania, polegało na wycofaniu się z wszelkiej działalności i bezczynnym czekaniu na powrót Jezusa. 

Zwróćmy uwagę na to, w jaki sposób Jezus przedstawia dziś swoich uczniów: to ludzie czynni, działający, zaangażowani w wypełnianie swoich obowiązków. Ktoś (w kim rozpoznajemy Jezusa) wyjeżdżając powierzył im staranie o swój dom i oni to zadanie wykonują tak dobrze, jak tylko potrafią. Zatem Jezus nie żądał od swoich uczniów jakiegoś trwania w bezczynności, ale właśnie zaangażowania – zaangażowania w wypełnianie zadania zleconego przez Pana. Każdy z nas ma jakieś powierzone zadanie, dzieło do wykonania na tym świecie. I ta aktywność w wypełnienie tego dzieła jest naszą wiernością wobec Pana, którego powrotu wyczekujemy. To dzieło, to może być założenie rodziny, wychowanie dzieci, leczenie ludzi, pieczenie chleba, sprawowanie funkcji nauczyciela, księdza, urzędnika, bycie babcią albo dziadkiem – jest naprawdę niezliczona ilość ról i zadań, jakie rozdziela między nas Jezus. Jeśli staramy się wypełnić to dzieło najlepiej jak potrafimy, to robimy dokładnie to, czego On oczekuje: przygotowujemy się na spotkanie z Nim.

A to spotkanie jest nieuchronne. Co prawda, gdy czytamy o powtórnym przyjściu Jezusa, to chyba mało kto z nas liczy się z tym, że to przyjście nastąpi za naszego życia, niemniej jednak pamiętajmy, że przecież każdy z nas pójdzie do Jezusa. Zatem albo Jezus przyjdzie do nas, albo my pójdziemy do Niego – w każdym wypadku spotkanie z Nim jest nieuniknione. Dlatego Jezus po wielokroć wzywał swoich uczniów – czyli nas – aby byli gotowi na to spotkanie, aby czuwali i nie dali się uśpić.

Nasza czujność polega na tym, że nie powinniśmy zapomnieć o Jezusie w naszej codzienności. W praktyce chodzi o to żebyśmy nie pozwolili sobie na to, aby cokolwiek na tym świecie nas sprowokowało do oderwania się od Jezusa, do porzucenia Jego Ewangelii. A dzieje się tak, gdy jesteśmy gotowi w naszym codziennym życiu zgrzeszyć, by coś osiągnąć – zysk, stanowisko czy cokolwiek innego, na czym nam zależy. Dajemy sobie wtedy wmówić, że warto poświęcić sumienie, a w konsekwencji Jezusa, żeby to „coś” zdobyć, cokolwiek by to było. A to jest właśnie brak czujności, który przejawia się w tym, że dajemy się uśpić i sprowadzić na manowce. Prawda jest taka, że nie ma na tym świecie nic, za co warto byłoby zapłacić sumieniem. 

Przyjrzyjmy się Apostołom, których Jezus zabrał ze sobą do Ogrodu Oliwnego. Zauważmy, że oni nie wytrwali w czujności, tylko Jezus nie dał się uśpić – i tylko On wytrwał później do końca. Wszyscy, którzy nie czuwali z Jezusem, zawiedli. To pokazuje, gdzie tej czujności można się nauczyć: u Jezusa, w spotkaniu z Nim. Wtedy, gdy potrafimy wytrwać z Nim na modlitwie. To właśnie modlitwa ukierunkowuje nas i nastawia w stronę Jezusa. Modlitwa nam o Nim przypomina. Zazwyczaj odejście od Naszego Mistrza zaczyna się od odejścia od modlitwy. Ten, kto nie spotyka się z Jezusem, zapomina o Nim w codzienności. Jezus przestaje być obecny w moim codziennym życiu, przestaję o Nim myśleć, w konsekwencji przestaję się liczyć w mojej codziennej aktywności z Jego Ewangelią, z Jego nauczaniem. Tracę czujność i zasypiam. A co się staje, gdy kierowca zaśnie za kierownicą? Jeśli nie zdąży się w porę obudzić, to niechybnie nastąpi tragedia. I to jest właśnie plan szatana dla naszego życia. On pragnie nas uśpić, a katastrofa sama nadejdzie. 

Zwróćmy jeszcze uwagę na jeden aspekt rozważanego fragmentu Ewangelii: obraz sług zatroskanych o dom nieobecnego Pana. Ci słudzy mogą czuć się niewolnikami – wtedy owa troska będzie dla nich przykrym ciężarem i będą szukać sposobności, aby ten ciężar z siebie zrzucić. Albo przeciwnie: mogą poczuć się dumni z faktu, że Pan im zaufał i ich docenił w ten sposób. I w konsekwencji mogą poczuć się domownikami i wtedy troska o dom stanie się ich wewnętrznym pragnieniem. Warto pomyśleć: czy ja się czuję niewolnikiem, a może domownikiem Jezusa? Czy to wszystko, co robię dla Niego, jest dla mnie przykrym ciężarem, a może czynię to z mojej wewnętrznej potrzeby? Warto tu pamiętać, że Jezus nigdy nie chciał mieć niewolników, ale przyjaciół, którzy idą za Nim nie dlatego, że On ich ciągnie na sznurku, ale z miłości.